Radości i smutki, małe zwycięstwa i porażki czyli codzienność pewnej osóbki o imieniu Paulina
sobota, 06 września 2008
Z powrotem na ziemi...

Jeszcze nie chce mi się spać a po głowie krąży myśli sto...Nie wiem dlaczego (a może właśnie odwrotnie, bardzo dobrze wiem dlaczego;) ) ale ostatnio jakoś nie mogłam się zmobilizować, aby cokolwiek tutaj  napisać. Przez ten czas, nie powiem bywały takie chwile kiedy już coś chciałam skrobnąć, lecz zamiast tego potok słów niewypowiedzianych, niezapisanych chodził mi po głowie i tak zapisywałam na niewidzialnych kartkach we mnie samej, to co mi akurat w duszy grało...Niestety jak to doskonale ujęła w zdanie Isabel Allende w "Domie duchów" : "[..]pamięć jest ulotna, a żyje się bardzo krótko i wszystko dzieje się tak szybko, iż nie potrafimy dostrzec związku między wydarzeniami i ocenić konsekwencji czynów, wierzymy w fikcję czasu, w teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, ale być może wszystko dzieje się jednocześnie, jak to mówiły trzy siostry Mora... Dlatego babka Clara pisała pamiętniki: aby widzieć rzeczy w ich realnym wymiarze i okpić złą pamięć." Po troszę i tak ze mną jest, piszę tutaj, aby kiedyś jak tutaj wejdę zapewne zdziwię się co mi kilka - kilkanaście lat temu chodziło po głowie, jakie miałam marzenia, radości i smutki bo z tego wszystkiego złożone jest nasze życie. Może nie pisałam bo po prostu to nie był czas na to, a postanowiłam sobie, że wszystko tutaj będę pisała dla siebie. Jednak wiadomo nieuniknione jest to, że prowadząc bloga nie zżyjemy się z innymi blogerami i tak się stało i ze mną choć wcale nie myślam na początku o tym. Nie dopuszczałam do siebie myśli aby ktokolwiek chciał czytać to co ja tutaj napiszę. I tak oto minął już rok a ja dzięki temu blogu założnemu dzięki pewnej osóbce (za co jej serdecznie dziękuję:*) poznałam naprawdę wiele wspaniałych ludzi. Ja wiem, zdaję sobie z tego sprawę, że więzi wirtualne są inne niż te które łączą ludzi widzianych, znanych z życia codziennego. Czasami są one kruchsze a czasami chyba wręcz przeciwnie silniejsze...sama nie wiem już. Hm... chyba to tak jest, że jeżeli ludzi połączy prawdziwa więź to nawet po przerwie ciszy potrafią one na nowo odtworzyć więź. Bez skrępowania znajdą na nowo znów wspólny język, może po początkowej niepewności czy ta osoba się nie zmieniła, czy jeszcze mnie pamięta, czy nadal jest taka jak wtedy... Dziękuję w szczególności Iwonce i Brysi, które zawsze są przy mnie. To niesamowite, że 2 osóbki choć tyle km są ode mnie, czasami są mi bliższe niż te niektóre co mieszkają ode mnie parę kroków. Wiem, że zawsze mogę na Was liczyć i nie raz sprawiłyście, że nieznośne dni stawały się pogodniejszymi i choćby na chwilę wyszło słońce zza chmur.Uwielbiam te nasze smsy na "dzień dobry", rozmowy na gg no i na skype:) Tylko najgorzej jest jak się rozgadam ale co tam;) jeszcze jakoś żyją:) Dziękuję też Morfeuszowi, z którym zawsze i chętnie rozmawiałam. Zwykle też nasze rozmowy nie kończyły się po pół godzinie:) Może nie wie On o tym, ale dużo mi one dały. Sprawiły, że poznałam lepiej siebie i myślę, że zmieniłam się. Jeszcze wiele pracy nade mną mam, ale w końcu po to jest życie i kolejne jego dni byle je odpowiednio wykorzystywać:) Spotkałam też na wirtualnej drodze i inne osoby: Martuś, Kasię, Nonkę, Małgosię och teraz boję się, aby nikogo nie pominąć:) Oczywiście pojawiły się na początku tego roku za sprawą Padmy "mole książkowe", które dzielą ze mną pasję i jedną z moich miłości - książki:):):)

Kurczę nie wiem co mnie dzisiaj napadło... zupełnie inna miała być notka.

Wróciłam już niestety z cudownych wakacji i znów weszłam w szarą rzeczywistość. Nigdy nie było mi tak ciężko pozbierać się po wakacjach. Nigdy też na nie nie lubię wyjeżdżać bo przyznam się - nie znoszę się pakować:/ Zawsze za dużo rzeczy zabiorę a potem muszę się męczyć z dźwiganiem walizki heh. Choć tym razem ktoś mi bardzo pomagał tak iż nie odczułam prawie wogóle tego ciężaru:) Tydzień minął mi jak jeden dzień i pragnęłam z niego wziąść ile się da, tak iż odczuł to mój kochany w postaci odcisków i bólu kręgosłupa:) Wyjazd w góry z osobą taką jak ja, nie daje gwarancji na spokojny odpoczynek, pełen lenistwa:) Uwielbiam chodzić, więc znalazłam się w swoim żywiole i założę się, że nie raz mój kochany widząc mnie przed sobą wdrapującą się na skalne ścieżki czy ściany w duchu sobie mówił "za jakie grzechy ja sobie na to zasłużyłem";) Ja natomiast gnana pragnieniem, aby znaleźć się na szczycie, powtarzając sobie w duchu co chwila "jeszcze kawałek i będziesz u celu" z każdym krokiem rzeczywiście się do niego zbliżałam. Najgorszy był pamiętam odcinek, gdy od strony Doliny Małej Łąki wchodziliśmy na Giewont. Zabawne, ale gdy już przeszliśmy tę dolinę i  na rozwidleniu szlaków, mając jeszcze 40 min drogi na Giewont przed sobą, droga okazała się tutaj już pikusiem. Niby łańcuchy ale łatwiej mi się wchodziło i o wiele mniej się męczyłam aniżeli wcześniej. No niestety Rys nie zdobyliśmy ale może za rok...? haha Jakby przeczytał to M. to by chyba padł bo zapowiedział,że w następnym roku jedziemy nad morze:) Hm... to będzie musiał się nastawić, że biorę pół biblioteki ze sobą, gdyż leżąc na plaży będę miała doskonałe warunki na lekturę. Tutaj niestety nie miałam zbytnio na to czasu z czego zapewne cieszył się mój kochany:) Klimat w górach, te szlaki, strumyk, zieleń regli dolnych, górnych i kosodrzewiny urzekły mnie. Urocze domki w Zakopanem też miały swój klimat i chociaż niby były podobne do siebie to każdy był inny, niepowtarzalny a jeszcze ustrojone kwiatami sprawiały iż zapragnęłam mieć któryś z nich, aby codziennie rankiem z kubkiem kakao czytać przed domem na ganku wśród palety barw kwiatów, swe ukochane książki... ach. Niestety już opadłam na ziemię i jakoś w końcu się pozbierałam przekonując się kolejny raz jak Bóg czuwa nade mną i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie:) A poza tym przy mnie jest ktoś kto powoduje, iż łatwiej mi jest nawet w szary i ponury dzień. Myśl o tym, że ktoś codziennie kieruje swe myśli ku mnie pozwala łatwiej pokonywać każdy kolejny dzień za co najgoręcej dziękuję TOBIE KOCHANIE:* I tak sobie to pisząc w głośnikach leci piosenka za piosenką Patrycji Markowskiej, której dziś był w moim mieście, koncert z okazji święta ulicy Gdańskiej. Cieszę się, że mogłam tam być a zwłaszcza z Nim choć wiem, że Jej piosenek nie słucha. Zawsze słuchanie piosenek na żywo jest zupełnie inne aniżeli te w radio czy z płyt. Choć się zdziwiłam osób było dość mało, jednak ludzie będący na mniejscu potrafili stworzyć kimat a ja mogłam na żywo posłuchać jednych z moich ulubionych piosenek...

 

Dla ciebie mój szept, gdy budzi się dzień
Dla ciebie mój smutek, zatrzymaj się więc
Przez moment chcę mieć cię tylko dla siebie...

 

Nawet ja smutek w sobie mam.
Gdy już zgasną światła, zniknie magia,
Pragnę byś przytulił mnie i ukoił lęk. 

:*

 

01:02, paulina654 , Muzycznie
Link Komentarze (7) »
piątek, 22 sierpnia 2008
Gdzieś na południu Polski...:)

 

 Strasznie dawno tutaj nic nie pisałam...A to sesja, praktyki, praca. Jak znalazło się troszkę czasu to wolałam już chwycić za książkę, pójść na spacer, spotkać się ze znajomymi aniżeli tracić czas przed komputerem. Poza tym jakoś nie miałam natchnienia...A teraz w końcu i ja się doczekałam:) Nareszcie wolne:) Zapakowana walizka ( a w niej parę książek:) ) czeka już, aby razem ze mną udać się w podróż do naszych pięknych Tatr:) Mam nadzieję, że trochę odpocznę, w końcu opuści mnie marazm blogowy i we wrześniu znów z zapałem znów będę tutaj umieszczała swoje zapiski.Wszystkim znajomym blogowiczom dziękuję za wytrwałość w odwiedzaniu mojego bloga, oczekiwanie na jakieś wieści, po prostu za pamięć. Jak wrócę to napewno się odezwę:)

Wszystkim życzę miłego tygodnia i serdecznie pozdrawiam:)

Do poczytania:)

16:59, paulina654
Link Komentarze (7) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Żyję i jak na razie mam się dobrze:)

Właśnie minęła północ a ja jak zwykle o tej porze nie śpię.Siedzę w pokoju w uszach brzmi cichutka przyjemna muzyczka taką jaką lubię:D a przede mną miseczka przyjemnie chłodzących moje podniebienie lodów, obok niej stoi szklaneczka orzeźwiającego soku z limetki. Jeszcze kuszą mnie galaretki w czekoladzie, które dziś podetknęła mi na biurko moja kochana siostrzyczka:) Jednak dopóki są zamknięte nic im nie grozi bo jak otworzę to koniec...wszystkie wylądują kolejno jednak za drugą w moim brzuszku:D Dziś jednak dam im spokój:) Ooo pójdzie Ci w boczki Paulino ale co tam:) ponoć i tak jestem za chuda i sama to stwierdzam zwłaszcza w czasie sesji, gdy spodnie jakoś luźniejsze się robią i dosłownie na mnie "wiszą":(Kurcze ja tu o jedzeniu a miało być chyba o czymś innym;) Hm...stwierdzam, że dawno mnie już tutaj nie było (pomijając ostatnią notkę) i jakoś tak nie wiem jak zacząć (Paulino! przecież Ty już zaczęłaś i jak zwykle nie będziesz mogła skończyć;) ). W takim przypadku zawsze się mówi: "to zacznij od początku" haha chyba jednak nie zrobię tego:) Jakbym miała opisać teraz tutaj każdy dzień to zapewne kochany blox poinformowałby mnie, że za długi wpis jest ( ostatnio takie jaja sobie ze mnie robi i nie chce publikować mych zapisków póki ich nie skrócę lub rozbiję na części). Poza tym pewnie i tak pominęłabym tysiąc rzeczy, prawdopodobnie zupełnie nie istotnych dla innych jednak może dla mnie ważnych. Tak więc każdego dnia zbierałam małe szczęścia i zachowywałam te radosne chwile w mej pamięci. Troszkę się tego nazbierało i kolejne ich szufladki zostały zapełnione aby kiedyś je z przyjemnością otworzyć... Były to życzliwe słowa innych: koleżanek, znajomych, przyjaciół często też zupełnie mi nie znanych osób których może już nigdy w życiu nie ujrzę. Były to uśmiechy, uściski dłoni. Było też parę kartek mówiących, że ktoś myśli o mnie zwłaszcza wtedy kiedy się tego nie spodziewam ( za co kochane Iwonko i Madziu serdecznie Wam dziękuję! czynicie że mój świat staje się kolorowszy i szczęśliwszy). Ostatnio z kilkoma osobami porozumiewam się telepatycznie i nie raz z ich ust i palców w postaci smsów to słowo padało...Kochani ja myślę,że to tak wychodzi wtedy kiedy się z kimś blisko jest, dobrze się daną osobę zna i myśli się o Niej dość często...musi jednak to być obustronne a wówczas w połowie drogi spotykają się dane osoby wychodząc sobie naprzeciw...Co do uczelni nie mogę narzekać. Wiadomo teraz z powodu końca semestru i sesji która już powoli szczerzy do mnie swe ząbki;) przyszły tygodnie w otoczeniu notatek i książek. Jednak taka jest kolej rzeczy i już w tym momencie wiem, że będę za tym tęsknić...(głupia zastanów się co Ty tu piszesz;) ). Z Farmakoekonomiki udało mi się szczęśliwie zostać zwolnioną z zaliczenia i okazało się to "błogosławieństwem" patrząc na tę ilość osób z dwójami i taki mniej więcej zdaniem profesora pod listą ocen: " Wiedza państwa mnie powaliła." co mówi samo za siebie. W czwartek dowiedziałam się, że nie jestem zwolniona z zaliczenia z całego semestru TPL-u ... wiadomość tak jak można się spodziewać niezbyt mnie uradowała bo jednak myślam, że może z ostatniego kolokwium dostanę ocenę, która pozwoli mi na koniec otrzymać średnią 4.5 (warunek konieczny do zwolnienia). Jednak załamać się nie załamałam bo nie ma sensu tego robić. Po prostu musiałabym zagryźć zęby i powtórzyć sobie cały materiał. Już nawet wczoraj ustaliłam sobie plan bojowy;) aby zdążyć sobie wszystko przyswoić od nowa a tutaj telefon od koleżanki: "Mam dla Ciebie szcześliwą wiadomość. Jednak jesteś zwolniona z TPL-u. Pani mgr J. zapomniała wymienić i Ciebie." Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie upewniła się czy przypadkiem nie nastąpiła pomyłka..."Jeszcze dziś Szymon był u Niej i potwierdziła to. Powiedziała, że oczywiście pani Paulina C. też jest zwolniona i kazała Ci to przekazać" Moja radość była ogromna gdyż ominęło mnie ślęczenie nad książkami z tego przedmiotu choć jakoś już przyznam się nastawiłam się na naukę o tych tabletkach, maściach i czopkach ... jakoś to mniej straszna myśl o zaglądaniu do książki się zaczęła wydawać:) W piątek ogólnie przez to i jeszcze parę innych rzeczy dzień był wyjątkowo udany...no ale to w końcu był dzień Paulin bo jedna pani nie omieszkała mi przypomnieć kogo są 6 czerwca imieniny i już słysząc me imię chciała składać mi życzenia na co oczywiście się roześmiałam i wytłumaczyłam, że nie obchodzę ich tego dnia:) Swą radością podzieliłam się z pewną osobą i ... przyszła do mnie do pracy z obiadem w jednej ręce a szampanem w drugiej:) wariat;) A szampana i tak nie mogłam wypić będąc w pracy. Zastawiłam go zatem na inną lepszą okazję:) I tak oto w  wielkim skrócie i pobieżnie streściłam co się u mnie działo. Takie zwykłe radości pewnej zwyczajnej, szarej dziewczyny. Choć ostatnio a chciażby i dziś spotkałam się z określeniem "nietypowa". Typowa czy tam nietypowa...jestem po prostu sobą i taką chcę pozostać gdyż nie potrzeba mi udawać kogoś innego:) bo po co?:)

czwartek, 05 czerwca 2008
Niebiańska kadra...

Dzisiaj, gdy siedziałam w swoim pokoju zawalona notatkami i książkami z farmakologii ucząc się i powtarzając do kolokwium nagle usłyszałam rozmowę rodziców. Jedno słowo:"umarła" i do tego smutny, zrezygnowany głos mej mamy spowodował, że zaczęłam intensywnie zastanawiać o kogo może chodzić. Wyszłam z pokoju i dowiedziałam się, że nasza siatkarka, jedna z kochanych złotek - Agata Mróz umarła dziś rano...Nie mogłam uwierzyć. Byłam pewna, że przeszczep szpiku się uda. Agatka była do końca taka ... radosna, pełna życia i zapału. Wierzyła, że wszystko się ułoży i myślę, że każdy Jej kibic i nie tylko, po prostu wszyscy w swoich domach tak samo wierzyli...Niespełna 2 miesiące temu jeszcze przyszła na świat Jej wyczekiwana córeczka Liliana...Tyle planów i nadziei...W pamięci tkwią mi te chwile spędzone przed telewizorem pełne okrzyków, klaskania, kibicowania naszym siatkarkom...Te chwile szczęścia, gdy zdobywały dwukrotnie Mistrzostwo Europy...Wśród nich była właśnie Agata, ta wysoka blondybka o długich nogach...Jeszcze to do mnie nie dochodzi i po twarzach mych znajomych ze studiów też można było wyczytać...smutek, zadumę, zastanowienie nad istotą życia i śmierci...

Agata Mróz zmarła dziś rano w szpitalu
Agata Mróz 1982 - 2008 Fot. Maciej Śmiarowski

"Odeszła by z Arkiem Gołasiem tworzyć Dream Team. Kolejny młody, ambitny, utalentowany człowiek został za szybko powołany do niebiańskiej kadry. Żegnaj Agato. Na zawsze pozostaniesz w sercach wszystkich, którzy tak mocno trzymali za Ciebie kciuki w tej ostatniej jakże ważnej partii Twojego zbyt krótkiego meczu. Zostawiasz po sobie lukę której nie da się w żaden sposób wypełnić. Wyrazy współczucia dla rodziny i bliskich -  "Załamany Kibic"

"Nigdy nie zapomnimy o Tobie AGATO jednak dokonałaś jednej ważnej decyzji urodziłaś piękna córeczkę i to Bóg tak chciał dałaś życie, a BÓG ZABRAŁ Twoje. Żyjesz w naszej pamięci" - "Skawiniak".

"Najpierw Arek Gołaś, teraz Agata... Dlaczego tak młodzi ludzie odchodzą - stanowczo za wcześnie, stanowczo za wcześnie. Kibicowałam Jej nie tylko w walce na parkiecie, ale również w walce z chorobą. Byłam pewna, że tę najważniejszą wygra. Tak mi przykro, że się nie udało. Pozostał żal i łzy. Serdeczne wyrazy współczucia dla rodziny i wszystkich bliskich Agaty oraz dla Jej koleżanek z drużyny. Wiem, że jeśli zdobędziecie medal to zadedykujecie go Jej - współautorce Waszych sukcesów. Szkoda, że już Jej nie zobaczymy w eksplozji radości. Szkoda, że Jej córeczka nie pozna swojej fantastycznej mamy. Agatko, kochamy Cię i pozostaniesz w naszej pamięci na zawsze. Ale mimo wszystko, dlaczego?! - "Venus"

"Przykro,że tak młody człowiek musi odejść, a w szczególności taki przez którego doznaliśmy tyle satysfakcji i radości.Agatko, Pan Bóg Cię wezwał bo widocznie zabrakło,Takiej Jak Ty, do powstającej w niebie drużyny. Przykre to, ale godnie Nas reprezentuj w:BOSKIEJ DRUŻYNIE" - napisał "Andrzej

(*)... jak dla mnie Ona wygrała... odeszła, ale zawsze pozostanie razem z nami tak jak Arek.. Żegnaj cudowny ZŁOTY ORZEŁKU:* :(( [*] - napisała "Ola-ki"

00:09, paulina654
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 maja 2008
Majowi solenizanci

Maj to czarowny miesiąc pełen kolorów i wspaniałych zapachów rozwijających się kwiatów. Zachwyca swą bielą kwitnących wiśni, jabłoni, grusz i innych drzew owocowych... amarantem kwitnącej dzikiej jabłoni....fioletem i bielą kwitnących bzów...żółcią mleczy, złotokapu... A te zapachy ach... są cudne ... bez, konwalie, mirabelki, głóg a nawet jarzębina... To także miesiąc urodzin osób mi szczególnie bliskich... Mamy, taty, bratanicy, siostrzeńca i wielu znajomych... Pamiętam jak nie raz będąc małą dziewczynką niezmiernie żałowałam, że nie urodziłam się tak jak większość mi znajomych właśnie o tej porze. No bo cięzko miło wspominać jesienne już niekiedy zimowe listopadowe wieczory. Raz nawet wmówiłam mojej bratowej (chyba wtedy jeszcze przyszłej bratowej:) ), że imieniny mam właśnie w maju czy w czerwcu dokładnie już nie pamiętam, ale właśnie w którymś z tych miesięcy:) Widocznie byłam tak przekonująca iż nawet otrzymałam od Niej i od mego brata prezenty imieninowe właśnie o tej porze:D To były pierwsze złożone mi życzenia imieninowe w życiu... Rok temu  składano mi życzenia kilka razy...byli to znajomi a nawet nieznajomi, którzy dowiedziawszy się, że mam na imię Paulina złożyli mi w dzień Matki życzenia:) No i musiałam wszystkich wyprowadzać z błędu:) ale miło mi było niezmiernie:)

Wszystkim majowym solenizantom bliskim memu sercu chciałabym złożyć urodzinowe życzenia życząc sił w dążeniu do wyznaczonych celów, dostrzegania i cieszenia się z małego szczęścia i uśmiechu na każdy dzień...

Abyście nigdy nie zmienili się w głaz i żyli tak prawdziwie aż do dna, tańcząc na deszczu i goniąc wiatr...

Kochani cieszę się, że mam Was! Dedykuję Wam tę oto piosenkę... 

"Więc lepiej nie rzucać się pod wiatr
więc lepiej nie walczyć gdy tak żal
głęboko schować prawdę
uparcie do celu tylko iść
na innych nie patrzeć często zbyt
dla siebie zbierać gwiazdy

Tylko jak powoli nie zmieniać siebie w głaz
żyć tak prawdziwie aż do dna
tańczyć na deszczu gonić wiatr, wiatr

Więc lepiej nie odkryć duszy już
nie pragnąć tak mocno do utraty tchu
samotnie kroczyć w blasku..."

10:25, paulina654 , Muzycznie
Link Komentarze (12) »
środa, 14 maja 2008
W kraju rzeczy ostatnich...

"To są już ostatnie rzeczy, napisała. Znikają kolejno, bezpowrotnie. Mogę Ci opowiedzieć o tych, które widziałam, o tych, których już  nie ma, ale wątpię, czy czasu starczy. Wszystko za szybko się dzieje, nie nadążam[...]  Nie liczę, że zrozumiesz. Nie widziałeś, co tu się dzieje, nie umiałbyś nawet sobie tego wyobrazić."

Kraj rzeczy ostatnich... czy zastanawiałeś się kiedyś jak może on wyglądać? Nie? To zasiądź wygodnie i zapnij pasy przed opowieścią Anny Blaume. Dziewczyny wyruszającej na poszukiwania swego brata, który wybrał się do Miasta w celu zrobienia cyklu reportaży i słuch o nim zaginął...

Słowa Anny skierowane w liście do przyjaciela powodują iż od początku zanurzamy się w mieście malowanym kolorami szarości, które ożywiają nieliczne plamy jaśniejszych barw. Nie ma ono swej nazwy...po prostu to Miasto. Przybywając do niego zostajesz rzucony na głęboką wodę i... albo nauczysz się od razu pływać albo utoniesz... Musisz się nauczyć stawiać każdy krok, a i tak musisz pamiętać iż w każdym momencie masz być gotowym na atak z każdej strony...musisz zdobyć zdolność przystosowania się do nagle zaistniałej nowej sytuacji."Kiedy idziesz ulicą, pisała dalej, pamiętaj, żeby iść wolno, noga za nogą, bo inaczej na pewno się przewrócisz. Miej oczy otwarte, rozglądaj się : w górę, w dół, przed siebie, za siebie, wypatruj innych przechodniów, strzeż się rzeczy nieprzewidzianych. Zderzenie może być zgubne. Dwie osoby zderzają się i zaczynają okładać się pięściami. Albo padają na ziemię i nawet nie próbują wstać. Prędzej czy później przychodzi taka chwila, kiedy już nie próbujesz wstać. Wszystko Cię boli, nie ma lekarstwa na ten ból. Gorszy tutaj niż gdziekolwiek." Wytęż każdy swój zmysł a i tak nie zapominaj, że do końca nie możesz na nich polegać bo to co jeszcze przed chwilą widziałeś może już nie istnieć... "Kto tu trochę pomieszka, przekonuje się, że nic nie jest takie oczywiste. Wystarczy tylko na chwilę zamknąć oczy, obrócić się, spojrzeć gdzie indziej, i oto rzecz, którą mieliśmy przed oczami, nagle znika. Nic nie jest trwałe, nawet własne myśli. I nie wolno szukać tego, co przepadło, strata czasu. Co raz znikło, nie wróci."

Własne potrzeby? Lepiej o nich zapomnij a jak nie możesz to postaraj się ograniczyć do minimum...

"Wszyscy uważamy, że właściwie należy nam się cały świat, a gdy w grę wchodzą sprawy najbardziej podstawowe – chociażby jedzenie czy dach nad głową, do których zapewne z natury mamy prawo – niewiele czasu potrzeba, żebyśmy zaczęli traktować je jak niezbywalne dobra. Dopiero tracąc je zauważamy, cośmy właściwie posiadali. Lecz gdy tylko odzyskamy rzecz utraconą, natychmiast znów przestajemy to dostrzegać."

Śmierć? Ha, to jest luksus, o którym w każdej chwili marzysz chcąc się uwolnić od tej rzeczywistości...a co Nią jest?

"Ostatni Skok to akt zrozumiały dla wszystkich. Każdy odnajduje w nim echo swojej najgłębszej tęsknoty : umrzeć błyskawicznie, unicestwić się w jednej chwalebnej sekundzie. Czasami wydaje mi się, że śmierć to jedyna rzecz, którą jeszcze czujemy, nasza forma artystyczna, jedyny środek wyrazu[...] Im bliższy koniec, tym więcej masz do powiedzenie. Koniec to tylko iluzja – cel, który sam sobie wymyślasz, żeby wytrwać ale w pewnym momencie zaczynasz rozumieć, że nigdy go nie osiągniesz. Może będziesz musiał się zatrzymać, że to tylko dlatego, że wyczerpie się Twój czas. Zatrzymasz się, lecz nie będzie to znaczyło, że dobrnąłeś do końca..."

Lecz zaraz, zaraz...widzę jakieś nieliczne jaśniejsze punkciki...Jakie? Przypacz się uważnie a i Ty je dostrzeżesz. I nie zapominaj w co wierzysz...bo to ona czyni cuda i pozwala wytrwać wiele...

"Nie chcę być taka jak inni. Widzę, co z nimi robią te ich urojenia, i nie pozwolę, żeby mnie spotkało to samo. Ludzie – duchy zawsze umierają we śnie... Ale to chyba szczęśliwa śmierć Tyle gotowa jestem przyznać. Nieraz pewnie im zazdrościłam. Ale nie, nie pozwolę sobie na ten luz. Nigdy w życiu. Będę się trzymać, póki zdołam, choćby mnie to zabiło."

Pierwsze spotkanie z Paulem Austerem sprawiło iż pragnę więcej...

 

Ocena: 6-/6

23:16, paulina654 , Książki
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 12 maja 2008
Coś miłego na początek tygodnia:)

"Są ludzie, którzy nie zauważają małego szczęścia, ponieważ daremnie czekają na duże..." Życzę Tobie abyś w tym tygodniu znalazła dużo małego szczęścia:):):) :*

Taki oto sms dostałam dziś z samego ranka. Oj ale się ucieszyłam:) Ktoś o mnie pomyślał, ktoś szczególny dla  mnie:) Ktoś kto tak jak ja jest pełen energii, uśmiechu, szalonych czasami pomysłów, wielbicielem słodkości (mniam)... Ktoś kto mnie potrafi zaskakiwać i wzruszać...Wzruszać tym, że chce się dzielić ze mną swymi radościami i smutkami pomimo tego, że nigdy nie doszło do naszego spotkania (ale mam nadzieję, że dojdzie i wierzę w to z całego serca)...

Małe szczęście... czy potrafimy je zauważyć i radować się nim? Przecież jest tyle drobnych rzeczy, gestów czasami wydających się dla kogoś czymś nieistotnym, lecz mogących sprawić szczęście.Spójrzmy na dzieci...one to dopiero potrafią się cieszyć. Pamiętasz te umorusane lodami szczęśliwe twarze? Albo ten pisk radości w trakcie zjeżdżania na zjeżdżalni... Wystarczy się dobrze rozejrzeć wokół i zobaczy się ich sporo... Ja staram się codziennie dostrzegać te drobne miłe rzeczy i chowam je skrzętnie w mojej pamięci tak iż nazbierawszy ich całą garść tworzy się z nich większe szczęście...Właśnie przed chwilą ktoś sprawił, że mogłam poczuć małe szczęście i bardzo dziękuję Jej za to:*

Ja również życzę Wam dużo małego szczęścia, które sprawi iż przyjemniejszym stanie się ten dopiero co rozpoczęty tydzień:) Pamiętajcie, że wcale nie musicie szukać czterolistnej koniczyny aby je znaleźć...czasami wystarczy sprawić radość komuś żeby samemu Ją poczuć...

niedziela, 11 maja 2008
Trzeci punkt podróży - Ameryka Północna cz.2
Mesa Verde
Mesa Verde jest płaskowyżem o długości 32 km i szerokości 24 km. Wznosi się on 2300 m n.p.m. a 600 m nad równiną. Przed milionami lat w ścianie powstała głęboka szczelina oraz liczne jaskinie i groty, w których następnie skryto miasto - Cliff Palace. W VI w. Anasazi wybudowali tu swą siedzibę. Domy były zrobione z gliny, a jedyne wejście znajdowało sie w dachu. Niedaleko mieszkań znajdowały się okrągłe budowle zwane Kiyas, które służyły do celów religijnych. Mieszkania w klifie odkryli w 1888 roku dwaj farmerzy - Charlie Mason i jego syn Wetherhill. Obecnie osada znajduje się na terenie Parku Narodowego Mesa Verde.
Grafika:Kanion Kolorado2004.jpg
Grafika:Colorado river 2004.jpg
Wielki Kanion
Jest on jednym z najpiękniejszych cudów natury na ziemi. Stanąć na jego krawędzi i podziwiać jego ogrom i oszałamiające piękno to niezapomniane przeżycia. Długość Kanionu wynosi 443 km a szerokość waha się od 200 m do 29 km. Maksymalna głębokość wynosi 1,6 km. Płynie w nim rzeka Kolorado z prędkością 19 km/h a miejscami nawet 160 km/h. Strome zbocza kanionu lśnią intensywnymi barwami w promieniach słońca. Dzięki erozyjnej pracy rzeki Kolorado możemy zajrzeć w głąb historii naszej planety.
"To sceneria nie z tego świata. Tak jakby wylądowało się na innej planecie. Gra natury, cudowna, przedziwna, ogromna. Niewiarygodne kontrasty, intensywne aromaty natury i głucha cisza..." - John Muir
 Wodospad Niagara - cud natury sprzed 12 tys. lat
Wodospad Niagara - cud natury sprzed 12 tys. lat
Wodospad Niagara
Wodospad Niagara liczy sobie 10 tys. lat i powstał u schyłku ostatniej epoki lodowcowej. W ciągu minuty z progu Niagara z wysokości ponad 503 m spada w dół 169 mln litrów wody. Powstał on na rzece Niagara wypływającej z jeziora Ontario. Nad wodospadem zawsze unosi się mgła wodna, która przesłania mały stateczek o nazwie "Maid of the Mist". Z jego pokładu turyści ubrani w kolorowe przeciwdeszczowe stroje przyglądają się widowisku jakie przed ich oczami przedstawia natura. Warto też zwiedzić Jaskinię Wiartów. Wejście do jaskini znajduje się na wyspie Goat Island rozdzielającej główne kaskady. Schodzi się wewnątrz skały na taras położony ok. 20 m nad poziomem rzeki. Spienione masy wody spływające z amerykańskiej części spadają kilka metrów od tarasu. Przemoczenie gwarantowane:) Nocą wodospad jest podświetlony. Szczególnie interesująco wygląda zimą, kiedy zamarzająca woda tworzy dużych rozmiarów sople. Niagara nie jest najwyższym, najszerszym czy największym wodospadem na świecie, za to z pewnością najsłynniejszym. Jego potęga i piękno uderza każdego kto go zobaczy.
Monument Valey (Dolina Pomników)
Dolina Pomników
Dolina Pomników
Wyobraźcie sobie parę rękawiczek z jednym palcem (tzw. mitenek), skierowanych kciukami ku niebu, wysokich na setki stóp, zbudowanych ze skały o rdzawym kolorze. Są to jedne z wielu wspaniałych form skalnych w Dolinie Pomników, leżącje na granicy między stanami Utah i Arizona w USA. Dolina Pomników to bardzo suchy obszar, z roczną sumą opadów deszczu zazwyczaj mniejszą niż 200 mm. Krzewy i kaktusy, mogące przerwać bez wody całe miesiące, są jednymi z nielicznych żyjących tutaj roślin. Niespodziewane opady mogą jednak pobudzić dzikie kwiaty do krótkiego, ale wspaniałego życia.
Jeszcze jest wiele miejsc/"cudów" wart wymienienia np. Uskok San Andreas, Kanion Bryce, Łuki, Zawracające Rzeki, Jezioro Kraterowe, Meteorytowy Krater Berringera, Dolina Śmierci, Skamieniały las i inne ale niestety miejsca na blogu oraz czasu na to mam za mało.
źródła :"100 cudów świata .Największe skarby natury i cywilizacji"wyd. Elipsa, internet
11:40, paulina654 , Wyzwanie
Link Komentarze (6) »
Trzeci punkt podróży - Ameryka Północna cz.1

Hm...iluż to już ludzi marzyło i nadal marzy aby spełnić american dream? Mówiąc Ameryka Północna od razu przed oczami staje nam przede wszystkim USA , Hollywood, Nowy Jork, Manhattan... Widzimy te plaże w Palm Beach, Bulwar Zachodzącego Słońca, te ekskluzywne sklepy na Rodeo Drive, przed oczami stają nam rzesze słynnych gwiazd... Ten kontynent to nie tylko te miejsca... Jest pełen swoistego uroku, zmierzchłych cywilizacji i pięknych miejsc - dzikie parki narodowe z fascynującymi, prawdziwymi cudami natury zaliczanych do tzw. 100 cudów świata...

 

Chichen Itza

Chichén Itzá znajduje się w na półwyspie Jukatan w Meksyku. Jest to zrujnowane, porośnięte roślinnością miasto, które pod koniec XIX wieku odkrył archeolog amator, Amerikanin Edward Herbert Thompson.Miasto zostało zbudowane na początku naszej ery przez Majów. Jego nazwa pochodzi z czasów przedkolumbijskich i w języku Majów znaczy u źródeł Itzá. Majowie wznieśli w mieście ogromne kamienne budowle, świątynie, pałace, galerie z kolumnadami. Wybudowano piramidę schodkową złożoną z dziewięciu tarasów, na której szczycie znajduje się światynia.W mieście znajduje się również kilka boisk do obrzędowej gry w piłkę. Gra polegała na przerzuceniu piłki przez kamienny pierścień. Długość boiska sięga nawet 150 metrów.  

Wielkie Jezioro Słone

 Nazywane jest też amerykańskim "morzem martwym". Jest to bezodpływwe jezioro znajdujące się w północnej części stanu Utah w USA. Stanowi pozostałość wielkiego plejstoceńskiego jeziora Bonneville. Zasolenie jest bardzo wysokie, sięga aż 27%, a mimo to jezioro nie jest martwe. Wprawdzie nie ma organizmów żywych w jego wodach, za to na wysepkach, z dala od ludzi, żyją bezpiecznie bizony i pelikany. Od lat 50. XX z jeziora wydobywa się znaczne ilości soli kuchennej, ok 150 000 ton rocznie. Co ciekawefabryki samochodów testują tu nowe modele i tu właśnie ustanawiane są nowe rekordy szybkości.

Most Tęczowy

Most tęczowy

Most Tęczowy jest nie tylko największym naturalnym mostem na świecie, ale również jednym z najpiękniej ukształtowanych i ubarwionych dzieł natury. Rozciąga się nad kanionem w czerwonej, skalistej i pustynnej okolicy w stanie Utah, w USA.Górna część mostu to prawie idealny łuk o szerokości 10 m, po którym biegnie droga. Z jednej strony most wychodzi z krawędzi pionowego klifu, który obramowuje wąwóz, a po drugiej stronie opada łagodnie aż do dna kanionu. Wewnętrzna strona łuku jest gładka i przypomina uchwyt filiżanki.Ten wspaniały most ma 94 m długości i łączy brzegi kanionu o szerokości 85 m. Indianie Navaho również nazywają tę wspaniałą formację Tęczowym Mostem, zarówno ze względu na kształt, jak i cudowną różowo-lawendową barwę, która w popołudniowym słońcu zmienia się w czerwono-brązową. Indianie wierzyli, że most to tęcza zamieniona w kamień. Był on dla nich obiektem kultu, uważali oni bowiem tęcze za opiekunów wszechświata.

10:12, paulina654 , Wyzwanie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 maja 2008
Pamiętacie...?:)
Tuż pod koniec kwietnia dostałam od mej znajomej wiadomość a w niej szczegółowe wytyczne w jakie dni i w których godzinach mam za Nią trzymać kciuki:) Widząc to roześmiałam się bo fakt wiedząc, że Jej maturka wielkimi krokami się zbliża zapewniłam Ją, że oczywiście będę trzymała za Nią kciuki:) Madzia to zapamiętała i najwidoczniej bojąc się abym przypadkiem nie pomyliła się kiedy mam je trzymać całą listę wytycznych mi przysłała:) No bo jak trzymać to w odpowiednim czasie czyż nie?;) I dzięki Niej cofnęłam się myślami 4 lata wstecz i znalazłam się znów z kilkudziecięcioma osobami na wielkiej sali siedząc i pisząc maturę... Doskonale pamiętam te dni, tę gorączkę przygotowań. Czy wszystko zdążę powtórzyć? Czy temat na polskim mi podpasuje? Czy w ogóle coś napiszę? ... A im bliżej było matury tym więcej spekulacji jakie będą tematy:) haha dzisiaj śmiać mi się z tego chce:) Na dzień przed maturą kto tylko żyw wybrał się na mszę św. do katedry i ... musze szczerze przyznać z kazania nic nie pamiętam bo w ogóle nie słuchałam tak jak i zdecydowana większość innych uczniów. Był taki tłum osób, że stałam wraz z rzeszą innych maturzystów przed kościołem i ze wszystkich stron rozlegały się głosy, ze na pewno będzie taki temat a taki:) W sumie kilka z nich było prawie, że pewniakami i na koniec tylko o nich rozmawialiśmy rozważając jak je rozwinąć. Na koniec ktoś powiedział, że ksiądz biskup w swym kazaniu podawał ponoć słowa - klucze co może jutro być:) Ożesz a My nie za wiele słuchaliśmy:/...więc co tam powiedział?;) Nawet wracając i będąc już niedaleko domu jeden chłopak zatrzymał mnie i zapytał jakie prawdopodobne tematy na maturę z polskiego usłyszałam:) Hm... nie znałam Go ale przypomniałam sobie, że jechał też tramwajem do katedry :) Powiedziałam Mu więc co wiedziałam i życzłam powodzenia:) A następnego dnia... jak dotarłam przed szkołę z koleżanką to zaraz na wejściu dowiedziałyśmy się,że te tematy które mamy są nieaktualne już bo ponoć dowiedziano się o przecieku i musiano zmienić je w ostanim momencie...Do dziś nie wiem czy to prawda, ale powiem że przestraszyłam się bo jakoś się nastawiłam, że może coś się z tego jednak powtórzy... Wylosowałam miejsce na samym końcu sali gimnastycznej:) Dosłowienie w ostatniej ławce:) Po przeczytaniu tematów stwierdziłam, że jeszcze nie jest tak źle i coś tam napisałam;) Następnego dnia miałam maturę z biologii i tym razem wylosowałam miejsce... zupełnie z przodu w pierwszej ławce, że mogłam patrzeć prosto w oczy naszym nauczycielom a także  widzieć najmniejszy pyłek i zagniecenie na ubraniach;) To się nazywa mieć szczęście;) Tutaj też czekałam na moment kiedy się dowiem jakie są tematy,gdyż chciałam pisać test składający się z pytań otwartych. Opisówki zupełnie nie brałam pod uwagę bo nie za bardzo lubiłam pisać prac i bałam się, że nie za dobrze mi ona może pójść:/ Na szczęście test się okazał banalny choć wiem, że kilka osób widząc pytania na temat układu ruchu (kostno-mięśniowego)  się skrzywili i postanowili jednak napisać pracę. Hm... praktycznie po pół godzinie praca moja mogłaby być skończona lecz wiedząc, że i tak mnie nie wypuszczą po tym czasie spokojnie odpowiadałam na kolejne pytania. W którymś momencie podeszła do mnie moja nauczycielka od biologii i oczywiście nie omieszkała zerkać mi w pracę i spytać się jak idzie:) Pamiętam też jak chłopakowi za mną siedzącemu podpowiadałam, jak w środku matury podeszła do mnie obca mi nauczycielka i uśmiechnąwszy się pogłaskała mnie ni stąd ni z owąd po głowie i poszła sobie dalej...:) Pamiętam też jak wparowała za mną do toalety moja koleżanka i jak pocisk z karabinu maszynowego zadawała mi masę pytań:) ... A potem tylko czas czekania na wyniki i to czy będę musiała mieć część ustną z polskiego i biologii czy może będę zwolniona:) Moja wychowawczyni - nauczycielka od polskiego powiedziała mi kiedyś jak odpowiadałam na jakieś pytanie, że w zasadzie Ona zupełnie się nie martwi o mnie bo na ustnym sobie doskonale dam radę:) Jak się na koniec okazało z karteczki z uzyskanymi ocenami wręczonej mi prze dyrektorkę nie miałam ustnej matury i został mi jedynie egzamin z angielskiego...a potem tylko egzamin na studia...

Teraz już Madzia i inni maturzyści mają już za sobą pierwszą część matury. Czeka ich jeszcze jedna i znów będę trzymała kciuki a przynajmniej będę myślami przy nich bo sama doskonale pamiętam te nerwy i napięcie a poza tym idąc codziennie na uczelnię pewne kwitnące drzewa przypominą mi, że to już czas...czas matur i cieszę się, że sama ma to już "z głowy":)

 

Kwitną kasztany

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13